Cytaty




Cytaty z książki 

„Córka pedofila” Ewy Pirce


Nie miałam nikogo, do kogo mogłabym się zwrócić, ani miejsca, które mogłabym nazwać domem.

Zawsze byłam sama… I sama pozostanę – czy w tym, czy w „wiecznym” życiu. Będzie towarzyszyła mi nieustannie moja jedyna przyjaciółka – samotność.

Czas spędzony z Henrym był jedyną rzeczą, która zaczęła mi się podobać i dzięki której czułam się normalna. Polubiłam go, niech się dzieje, co chce – miałam
przyjaciela.

I teraz wiedziałam już, że podjęłam słuszną decyzję. Wiedziałam, że będzie dobrym przyjacielem – równie samotny i zraniony jak ja, tyle że dźwigający inny rodzaj syfu.

– Jesteś popieprzony, wiesz?
– A dziękuję… – powiedział, po czym dodał po chwili: – Bo z twoich ust to komplement, prawda?

Zaczęłam się śmiać – to już drugi raz, kiedy ten chłopak mnie rozśmieszył. Tak po prostu. I co najdziwniejsze, zaczynałam go lubić…

Nie chciałam, aby czarne myśli przejęły panowanie nad moim umysłem. Nie chciałam pogrążyć się całkowicie w otchłani odrzucenia i samotności.

– Co? Uderzysz mnie?! Bij, tato, tylko bij tak, żebym już nie wstała. Bij tak, żeby zakończyć to wszystko! – krzyknęłam głośno.

Weszłam pod prysznic, odkręcając wodę. Na początku była zimna, ale z czasem stawała się coraz cieplejsza, aż nabrała idealnej temperatury, łagodząc palący ból. Gdyby moje życie również takie było… Mimo że zaczęło się nieprzyjemnie i chłodno, z czasem stawałoby się coraz milsze, aż w końcu osiągnęłoby apogeum i byłoby czystym szczęściem. Dlaczego nie może tak być?

Czy życie aby na pewno jest darem? Bo jak żyć, skoro twoim jedynym towarzyszem jest samotność…? A ona z kolei podpowiada ci nieustannie, by skończyć tę udrękę.

Z końcem nocy nadejdzie rzeczywistość, a rzeczywistość to nie bajka, to ciągle powracający koszmar…

Był to najczulszy i najprzyjemniejszy dotyk, jakiego doświadczyłam przez całe pieprzone życie, a pochodził od faceta, którego nie znosiłam.

Jak możesz świadomie chcieć pozbyć się jedynej wartościowej rzeczy, jaką masz – życia?

To ludzie są największymi potworami żyjącymi na Ziemi i chyba tak już pozostanie.

Rozpacz zaczynała powolny mord na moim sercu. Nie wiedziałam, dokąd mam iść, gdzie się schronić. Chciałam skulić się w jakimś ciemnym kącie i zniknąć.

To prawda, że jeśli człowiek jest na krawędzi, zawsze zwróci się do Boga, jaki by on nie był. Każdy, czy to niewierzący, czy wierzący, będzie krzyczał „Boże, pomóż!”, będzie żebrał o cud, nawet jeśli jest to tylko mrzonka i złudna nadzieja… Bo jeśli nie ma już nic, cóż innego nam pozostaje…?

Choćbym nie wiem jak bardzo udawała, jak bardzo starała się odegrać rolę kobiety, która może wszystko – byłam niczym…

Bezsilna, słaba, zraniona, rozżalona i niepojęcie wystraszona. Tak się czułam. Takie uczucia przetaczały się przez moje ciało, serce i duszę, a łzy nie chciały przestać wypływać z oczu.

Gdziekolwiek byśmy nie zmierzali, poszukujemy słońca. Brniemy przez tunele ciemności z nadzieją, że za kolejnym zakrętem ujrzymy promyk nadziei. A chłód wypełniający nasze dusze w końcu zniknie, ogrzany ciepłem miłości.

Nie ma słów, które opisałyby, co czułam, jak kochałam i jak bardzo się bałam utraty tego wszystkiego.

Byłam pewna, że znienawidzę każdą żyjącą istotę, każdego boga i wszystko, co będzie możliwe, jeżeli stracę Jamesa.

Udowadniałam mu swoją miłość przez dwadzieścia minut, dopóki nie przerwał nam doktor Fleim. Później, gdy już nas zostawił, udowadniałam mu ją przez kolejne piętnaście, trzydzieści, pięćdziesiąt minut i udowadniać będę do końca życia.

To nie był tylko seks, pożądanie, zaspokojenie. To była miłość, uwielbienie i dowód na oddanie się w całości, łącznie z duszą i myślami.

Popatrzył na mnie w taki sposób, jakby spojrzeniem dotykał mojej duszy.

Wskrzesił mnie tylko po to, by mnie zabić.

Wiedziałam, że dłużej nie mogę się ukrywać pod jego skrzydłami i unikać tego, co tak naprawdę było nieuniknione. Chociaż tak bardzo tego chciałam…
Nie otwierając oczu, sięgnęłam po jego rękę i splotłam nasze palce. To było więcej niż wypowiedziane słowa, to była nasza cicha modlitwa, którą odmawialiśmy wspólnie.

Z tobą nie boję się niczego, James. To życia bez ciebie się boję.

– Chciałbym spędzić tak z tobą wieczność.
– Ja chciałabym spędzić tak z tobą choćby to życie.

W jego ramionach byłam taka krucha i słaba, a zarazem tak bezpieczna i chroniona, otoczona ciepłem i miłością, jakich nie doświadczyłam nigdy
wcześniej.

Moje szczęście nosi twoje imię…

Nieprawda, że z czasem rany się goją, że ból mija… Ludzie po prostu przyzwyczajają się do niego i potrafią brnąć z nim, ale on nigdy nie znika.
Nigdy.

Kiedy zawala ci się świat i wiesz, że nie dasz rady przeżyć choćby minuty dłużej – wspominaj… Bo we wspomnieniach miłość żyje wiecznie. Chciałabym zabrać od niego ból i zasnąć na wieki, zakopując swoje cierpienie
razem z jego cierpieniem.

Jestem tak młoda, a tak zmęczona życiem. Czy to sprawiedliwe?

– Jestem przeklęta – powiedziałam do siebie, wpatrując się w sufit. Niemożliwe, żeby ktoś miał tak spieprzone życie jak ja.

Tej nocy nie padło już żadne słowo. Pozostały uczucia, żal i smutek – tylko tyle i aż tyle.

Nie chcę wiedzieć, chcę po prostu czuć…

Chciałam czuć, kochać… A może nawet być kochaną.

Nikt nigdy nie obdarzył mnie taką czułością i miłością. Nikt nie dbał nigdy o moje dobro, o moją przyjemność.

James roześmiał się głośno i był to najpiękniejszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam.

Dotarło do mnie to, co zrobiłam i jak on musiał się czuć, kiedy zastał mnie w kuchni, tnącą się i niemal odpływającą z przyjemności, jaką mi to przynosiło. Zawsze to samo, najpierw ulga, przyjemność, a później wszechogarniający strach i smutek. Odraza do samej siebie…

Uniosłam powieki i popatrzyłam mu w oczy. Nie było w nich obrzydzenia, a czułość i smutek. To zabolało jeszcze bardziej.

Postaram się, żeby każdy dzień, który spędzimy razem, był wart twojego oddechu.

Spodoba mi się każde miejsce, jeśli będzie daleko stąd.

Pozbyłam się go, nie chcąc dopuszczać do siebie jedynej osoby, na której mi zależało i której zależało na mnie.

Widzieli tylko swój smutek, który nigdy się nie kończył. Uśmiechali się, kryjąc przed nami swój ból. Dla nich każdy oddech był karą, nie nagrodą.

Z zewnątrz mogłam wyglądać jak manekin, bez uczuć, bez jakiejkolwiek oznaki cierpienia. Jednakże w środku czułam ból, który miażdżył moje serce i nie stawał się lżejszy nawet na ułamek sekundy, lecz cały czas rósł.

Jeśli Bóg istnieje, miałam nadzieję, że wie, że go nienawidzę.

Całą rękę pokrytą miałam czerwonymi liniami, spod których wylewał się ból. Każda jedna linia przypominała mi o tym, co przeszłam. Była to moja mapa niepowodzeń, jakie niosło ze sobą życie. Każde jedno nacięcie przypominało mi o nienawiści i cierpieniu, które w sobie miałam.

Bałam się, że go zatrzymam i nie pozwolę mu odejść, że zniszczę go sobą i tym, co się ze mną działo.

Uświadomiłam sobie wtedy, że cokolwiek zrobię, dokądkolwiek pójdę – nie ucieknę przed ojcem i jego dotykiem.

Najpierw dostaję coś, co daje mi nadzieję, że może być lepiej, a następnie zostaje mi to wyrwane i muszę ponieść podwójną karę za chwile szczęścia.

Całe pieprzone życie sprowadza mnie do jednego – do szczytu dachu, dzięki któremu uwolnię się od tego wszystkiego, a przede wszystkim od samej siebie.

Wiedziałam, że jego sekret mnie zabije. Wiedziałam, że pozbawi mnie wszystkiego, co zdołałam ukraść życiu. Zniszczy szkielet szczęścia, jaki zaczęłam wokół siebie budować. I miałam rację…

Wiem, jak to jest z trudem znosić codzienność. Jak to jest wstawać każdego dnia z poczuciem winy i straty. Jak zdradzać siebie i udawać, że jest się silnym.

Są sprawy, o których chcę zapomnieć, wymazać je z pamięci i udawać, że jestem normalny i że moje życie również takie jest.

Tak oto leżałam w łóżku z dwoma facetami, z tym że jeden był gejem, więc nie wiedziałam, czy to się liczy.

Dziwnie było czuć się dobrze. Nie znałam tego stanu, ale podobał mi się.

– Przejdziemy się – odparł, chwytając mnie za dłoń.
– Ale dokąd? Tutaj nic nie ma.
– I o to chodzi, maleńka, pójdziemy wprost przed siebie, bez celu…

Ruszamy w nieznanym kierunku. Nie obchodzi mnie, dokąd chce mnie zabrać i co zrobić. Liczy się tylko to, że będę wtedy z nim.

Ten strach wkradał się do mojego umysłu i próbował ugasić tlący się jeszcze żar nadziei.

Wszyscy jesteśmy nieźle popieprzeni, Quinn, nie zauważyłeś tego?! Mamy pojebane rodziny, spieprzoną przeszłość i brak przyszłości.

Za „kochających” tatusiów, niech zdychają długo w niewyobrażalnych męczarniach oraz cierpieniu, jakiego doznawały ich dzieci. Dzieci, które powinni byli, do kurwy, chronić.

Chcę rzucić się z dachu i choćby przez kilka sekund poczuć się wolna. Poczuć, że żyję i że to ja kontroluję wszystko to, co robię?!

Po raz pierwszy ojciec zgwałcił mnie, kiedy miałam niespełna siedem lat. Pamiętam wszystko ze szczegółami. Nie chcę pamiętać. Chcę wymazać z pamięci
jego dotyk, jego zapach i to uczucie, kiedy się na mnie znajduje.

Czy to sprawiedliwe, że kiedy dzieciaki ze szkoły marzyły o tym, by Mikołaj podarował im Barbie czy Lego, ja marzyłam o żyletce?

Zacisnęłam powieki, próbując pozbyć się natrętnych myśli, bombardujących mój umysł, i ciemności, która rozprzestrzeniała się w moim sercu, chcąc zabrać mi ostatni promyk światła.

Cierpienie, jakim byłam napiętnowana, wymagało odwagi, bym mogła przejść przez życie, by budzić się i w nie brnąć, mimo niepowodzeń.

Ale ja nie byłam odważna, nie byłam silna i nie umiałam walczyć. Prawda jest taka, że byłam tchórzem. Tchórzem, który w końcu się podda cierpieniu i odda mu siebie…

– Co ja ci zrobiłam? – zapytałam cicho.
– Jesteś – warknął, zataczając się w kierunku drzwi.

Widziałem to, Lex. Widziałem, jak moja mała siostrzyczka została zmieciona przez olbrzymią maszynę. Nie ruszyła się, po prostu tam stała. Na uszach miała słuchawki, a dłonie spuszczone luźno przy ciele zaciskała na materiale sukienki. Biegłem w jej kierunku tak szybko, jak mogłem. W chwili, w której poczułem mocny powiew powietrza, wiedziałem, że nie zdążę i że już za późno. Na kilka sekund przed uderzeniem – chwilę przed śmiercią, spojrzała mi w oczy. To było cholernie bolesne, jej wzrok wypalił się w moim umyśle. Jeszcze nigdy nie widziałem tak strasznie smutnych oczu…

– Nie chcę, żeby to, co ci robi, doprowadziło cię na krawędź.
– Ja już tam jestem, James – odpowiedziałam łamiącym się głosem.

W końcu zaistnieć, choćby na jeden krótki moment. A następnie pozwolić pochłonąć się światu, zagubić się w jego bezkresie i zasnąć na wieki w ramionach Matki Ziemi.

Chcę, żeby w końcu mnie zabił i pozbawił tego cholernego bólu, który odczuwam codziennie.

– Moje pytanie nie brzmi, dlaczego ci to robi, Lexi. Moje pytanie brzmi, dlaczego na to pozwalasz.
Z tą piosenką, z własnymi bliznami i łzami wylewającymi się z oczu, odpłynęłam, mając cichą nadzieję, że nie obudzę się już nigdy więcej…

Próbowałam myśleć o czymkolwiek, byle nie o nim, siedzącym obok i obmyślającym sposób, w jaki będzie mnie karał.

Bać powinniśmy się jedynie ludzi, bo to oni stanowią przyczynę wszelkiego zła, od nich wszystko się zaczyna i oni potrafią zniszczyć, zabić i pozbawić drugiego człowieka siebie.

Park wyglądał złowrogo, przerażająco, ale ja wiedziałam, że nie należy się tego bać. Bać powinniśmy się jedynie ludzi (...).

Chmury wyglądają na takie miękkie i delikatne, ale tylko z pozoru. W rzeczywistości mogą zebrać w sobie niewyobrażalną siłę.

Miałam ochotę przeciągnąć żyletką po nadgarstkach, pozwolić, by przerwała ciąg nieszczęść i uwolniła mnie od męki zwanej życiem.

Czy to normalne, żeby śmiech podniecał?

– Przepraszam – powiedział.
– Nie przepraszaj, do kurwy nędzy, bo mnie szlag trafi. Umiesz tylko to mówić?
Ciągle – przepraszam i przepraszam…
– Nie denerwuj się. Co jest złego w tym słowie? – zapytał.
– Co jest w nim złego? Jest bezsensowne i nic nieznaczące. Ludzie używają go,
ale mają w dupie jego znaczenie, ranią cię cały czas od nowa, więc jaki jest sens w przepraszaniu? Jaki?

Już dawno się nie śmiałam. Tak naprawdę nie pamiętałam, kiedy robiłam to po raz ostatni, ale to przyjemne uczucie – bardzo przyjemne.

Był jak wrzód na dupie, zajebiście przystojny, ale jednak wrzód. I wkurwiał mnie niesamowicie.

Niemożliwe, kurwa, żeby ktokolwiek był tak przystojny – pomyślałam, przyglądając się jego idealnym rysom twarzy – Niemożliwe…

Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się, żeby podniecił mnie sam zapach faceta. Wstrzymałam oddech, bojąc się, że jeśli dalej będę go wąchała, to zacznę jęczeć i zrobię z siebie totalną idiotkę.

Nie umawiałam się na randki – to zdecydowanie nie było dla mnie, ale seks to już zupełnie inna sprawa. Byłam popieprzona? Tak. Po tym wszystkim, co przeszłam, powinnam od tego uciekać? Może. Ale taki był mój sposób na
radzenie sobie ze swoim gównem.

Miałam na sobie krótką skórzaną spódniczkę, czarne podkolanówki, wysokie martensy w bordowym kolorze, bluzkę z moim ukochanym zespołem Avenged
Sevenfold i czarną skórzaną kurtkę, której rękawy zakrywały moje ostatnie dzieło wycięte żyletką na przedramionach.

Myśl o skoku i chwilowym bólu to nic w porównaniu z tym, co odczuwałam każdego pieprzonego dnia…

Ktoś, kto kocha, nie niszczy. A ktoś, kto niszczy, nigdy nie kochał.

Chwilę przed śmiercią, spojrzała mi w oczy. To było cholernie bolesne, jej wzrok wypalił się w moim umyśle. Jeszcze nigdy nie widziałem tak strasznie smutnych oczu…

Ta piosenka mówiła o tym, że jestem nic niewarta, że moja egzystencja jest karą. Przekleństwem.